Translate

sobota, 22 grudnia 2012

[3]: You can be the boss.

Dominic i Susan razem!? Przecież to niemożliwe... A jednak. Widziałem ich razem, trzymali się za ręce, wdzięczyli się do siebie. Podchodziłem coraz bliżej. Złapałem dziewczynę za ramię. Spojrzała na mnie krótko. Jej oczy były podkreślone czarną kredką i idealnie oddawały ich perfekcyjność. Jej policzki były zarumienione, a kąciki ust uniesione do góry w przepięknym uśmiechu. Uderzyła mnie. Dominic zaczął się śmiać. Upadłem. Coś zaczęło dzwonić, coś niepokojącego. Kiedy otworzyłem oczy byłem w swoim pokoju. To budzik. Cholera, nie mogłem oddychać, ciężkie zadanie w takiej sytuacji. Otworzyłem okno na oścież. Znienawidziłem siebie w ciągu jednego snu, jeden sen pozwolił mi to zrozumieć. Szybkim ruchem wygrzebałem telefon spod poduszki. "To koniec przedstawienia Veronic, skończyłem z tym, mam dość" - wystukałem na klawiaturze krótki SMS. Wysłano. Raport doręczenia. Oddychaj. Oddychaj. Oddychaj, właśnie tracisz całe swoje życie, Kyle.
[...]
- Patrzcie kto idzie!!! - Krzyknęła Veronic, gdy zobaczyła mnie przed szkołą następnego dnia. Wszyscy zaczęli się śmiać. Ver podeszła do mnie i wylała na mnie coś, co pachniało jak tania czerwona oranżada. Strzał w dziesiątkę. Moją białą koszulę szlag trafił. Szczęście w nieszczęściu, że miałem na sobie ciemne spodnie. Ale zaraz... Nikogo już to nie obchodzi. Nie odezwałem się. Dominic, jako jedyny nie był pewny, po czyjej ma stanąć stronie. Wahał się, widziałem to. Zignorowałem go. Veronic pokierowała moim podbródkiem w ten sposób, abym był zmuszony na nią spojrzeć. Gwałtownym ruchem "zerwałem" z siebie jej ręce, przesunąłem głowę, a ją mimowolnie odepchnąłem.
- Nie dość, że zdrajca to jeszcze damski bokser - Odezwała się Camille, która niegdyś bardzo mi pomagała. Jak widać wszystko się kiedyś kończy. Wstała, szarpnęła mnie, próbowała sprowokować.Stałem jak wryty. Cała grupa moich popularnych "przyjaciół" podniosła się z miejsca i stanęła dookoła mnie. Byłem w pozycji przegranej. Ściągnąłem na siebie wyrok licealnej śmierci.
- Stop! - Usłyszałem znajomy krzyk. Byłem w takim szoku, że nie do końca potrafiłem stwierdzić skąd znam ten głos. Ta osoba biegła, była coraz bliżej. Śmiech dookoła mnie.
- Poważnie? Wymieniłeś Veronic na... nią? - Zapytała Camille z pogardą, chociaż nie chciała odpowiedzi. W swojej głowie miała już wszystko poukładane. Odwróciłem się szybko, spojrzałem na Susan. Veronic szarpnęła nią z całej siły, miałem wrażenie, że jest małą dziewczynką, która w życiu się nie obroni. I faktycznie, nie broniła się. Jęknęła z bólu. Chciałem jej pomóc, gdy już ruszyłem się, by odciągnąć Veronic, zostałem zatrzymany. Dominic z resztą chłopaków ograniczyli mi ruchy. Zmuszali mnie, żebym patrzył jak Ver krzywdzi Suzie. Veronic roześmiała się, była naprawdę rozbawiona. Uderzała w swoją rywalkę jak w worek treningowy. Dlaczego nie ma tu nikogo kto mógłby pomóc? Szarpałem się z chłopakami, ale każdy mój ruch był wynagradzany kolejnym uderzeniem z ich strony. Veronic puściła wreszcie Susan, a ona osunęła się, po prostu upadła, podtrzymywała się na rękach, ciężko oddychając, spojrzała na mnie tylko, nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Camille uwieczniła wszystko swoim telefonem, a na zakończenie wylała na Sus tę samą oranżadę, która wcześniej zniszczyła mi koszulę.
- To Twoja decyzja jak będzie wyglądało Twoje życie Kyle. I jej życie... O ile można to nazwać życiem - Veronic znów się roześmiała, jej głos był pełen nienawiści, uderzyła mnie w twarz. Złapała za moje włosy, odciągnęła moją głowę do tyłu - Mogę was zniszczyć jednym mrugnięciem. Niczym mnie nie zaskoczysz - Szepnęła prosto w moją twarz z szyderczym uśmiechem. Odrzuciła moją głowę w bok. Chłopaki też mnie puścili, uśmiechając się w stronę Sus z pogardą. Tylko Dominic oglądał się za nami, jednak wiedział, że nie ma już czego szukać w moim pobliżu. Podałem Suzie rękę, lecz ona to zignorowała. Złapałem ją za ramię, ona odepchnęła mnie od siebie z całej siły. Jej oczy zaszły łzami, a ona sama wybiegła poza teren szkoły, uciekała. Chciała uciec ode mnie i od rzeczywistości, byłem pewien.

I love you, but I don't know why. You can be the boss, daddy, you can be the boss. [...] I like you a lot, I like you a lot, don't let it stop.

sobota, 1 grudnia 2012

[2]: Truly, Madly, Crazy, Deeply.

Kolejny potworny dzień u boku Veronic. Jak zwykle ubrałem się najmodniej z całej paczki szkolnych gwiazdorów. Veronic kupowała ubrania, ja oddawałem jej pieniądze. I tak w kółko. Czasem czułem się jak zabawka, ale czego się nie zrobi, żeby przeżyć liceum, jako najpiękniejszy okres swojego życia?
- Kyle, hej! - Usłyszałem ten słodki głos... Osłoda dla moich wyniszczonych już bębenków od ciągłego słuchania jaki to jestem beznadziejny.
- Suz... - Szepnąłem, chociaż wiedziałem, że to błąd. Veronic już zmierzała w moją stronę. Susan zbliżała się do mnie, pewnie myślała, że ja i ona... Że to ma jakiś sens. Ale przecież to nie ma sensu. Kim ona jest dla tej szkoły? Kujonem? Nawet nie wiem czy jest chociażby kujonem...
- Wszędzie Cię szukałam kochanie! - I znów powróciła smutna sztuczność otaczająca cały mój świat. Veronic podeszła do mnie na swoich obłędnie wysokich szpilkach i wpiła się w moje usta. 1, 2, 3, 4, 5... Liczyłem. Czekałem aż odpuści przedstawienie. 6, 7, 8, 9... Otworzyłem oczy, odsunęła się. Podniosła głowę z wyższością rozglądając się dumnie po korytarzu. Suzie stała jak wryta po środku. Nie była w stanie nawet zamknąć ust. Widziałem w jej oczach cierpienie zarazem przypominając sobie, jak piękne były jej oczy wczoraj, kiedy cała ta popularność była dla mnie bez znaczenia. Może gdybym nie chodził do liceum... Może wtedy mielibyśmy szansę.
- Zamknij usta skarbie, Kyle nie potrzebuje kolejnej fanki, jak będzie potrzebował zabawki na weekend to dam Ci znać, obiecuję - Veronic była niesamowicie wredną osobą. Nie sądziłem, że aż tak ją potraktuje. Susan po prostu zamknęła buzię. Dalej stojąc w miejscu. Nie wiedziała co robić, ja też nie. Patrzyłem na nią, ona na mnie. Ale zaraz. Nikt nie mógł tego zobaczyć. Złapałem Veronic za rękę, niby śmiejąc się z tego co powiedziała. Kątem oka zobaczyłem jak Suzie upuszcza książki.
- Prawie mi jej szkoda - Odezwałem się głosem ludzi popularnych - Dominic, mógłbyś się zająć biedactwem? Veronic nie zostawiła na niej suchej nitki - Sarkazm nie był mi opcji. Byłem dobrym aktorem. Dominic, jako mój najlepszy przyjaciel, który nie wiedział o mnie zupełnie nic, zrobił o co go prosiłem. Zobaczyłem jak pomaga dziewczynie zebrać książki i od razu zaczął z nią flirtować. Nie chciałem na to patrzeć, nie potrafiłem. Przypomniałem sobie, kiedy to mi na niej zależało. Ten jeden wieczór. Wtedy to ja próbowałem jej zaimponować. Dzisiaj nie jestem w stanie nawet jej obronić. Dlaczego?
[...]
Przed zajęciami ze sztuki zupełnie nic mi się nie chciało. Byłem wycieńczony udawaniem obojętnego na wszystko człowieka. Wiedziałem, że wszyscy mają mnie za gbura, ale w końcu dzięki temu mnie szanują...
Nauczyciel kazał nam czekać przy drzwiach prowadzących do auli. Dziwne, bo był to typ nauczyciela, który siadał z nami na stołówce i kazał "zając się sobą". Moje zajmowanie się sobą polegało na wysłaniu tysiąca "słodkich" esemesów do mojej oziębłej dziewczyny. Ale dziś czekałem przy auli. Ktoś był w środku, drzwi były uchylone. Zaintrygował mnie cichy głos, który próbował zaśpiewać jedno zdanie. Jedno zdanie, które nie mogło przejść tej dziewczynie przez usta. Łkała. Wszedłem do środka, wiedziałem, że to ona. Dopóki nie wiedziała, że tu jestem, wsłuchiwałem się w jej głos, który powoli zaczynał układać się w całość "I'm truly madly crazy deeply in love with you". Wiedziałem, że to nie ma żadnego przesłania w stosunku do mnie. Suz miała zaśpiewać tę piosenkę za kilka dni w szkole, z okazji walentynek, które zbliżały się wielkimi krokami. Jednak jej łkanie nie dawało mi spokoju. Trzask pod moją stopą. Cholera! Nie tak miało być. Nie. Nie. Nie. Odwróciła się. Zmierzyła mnie wzrokiem. Przetarła oczy. Była taka słodka w swojej niepewności...
Podszedłem bliżej. I jeszcze bliżej. Jeszcze tylko kilka kroków. Usiadła. Opadła jakby traciła równowagę.
- Cześć mała - Odezwałem się szarmanckim tonem, ale po samym wyrazie jej twarzy tego żałowałem. Nie odezwała się. Zignorowała mnie - Nie odzywasz się? Okej, jak chcesz - Stwierdziłem obojętnie i sięgnąłem po rozrzucane wokół niej kartki, a z kieszeni wyjąłem długopis. "Kolacja. Dzisiaj u mnie" - napisałem krótko i wręczyłem jej kartkę w dłonie, zaśmiała się, odpisała: "Za kogo mam robić? Kelnerkę? Veronic nie będzie zbyt zadowolona". Przeczytałem, uśmiechnąłem się tylko. Zmieniła pozycję. Usiadła naprzeciw mnie. Wymienialiśmy się podobnymi kartkami kolejne minuty. Zebrałem się na odwagę. Delikatnie musnąłem jej usta. Ona nie odpuściła, przytrzymała mnie przy sobie kolejną chwilę. Taką dziewczynę sobie wyobrażałem u mego boku, gdy nikt nie narzucał mi ideałów. Ona była idealna, dla mnie.
- Zrezygnuję z niej, z tego wszystkiego, ale jeszcze nie teraz, przepraszam... Poczekaj na mnie - Wyrzuciłem z siebie jednym tchem. Ona posmutniała. Miała łzy w oczach, a ja czułem, że serce łamie mi się na pół. Pragnąłem jej i tego, żeby była moja. Kiwnęła głową twierdząco.
- Poczekam - Szepnęła bezgłośnie. Miałem wrażenie, że ktoś wbija mi nóż w brzuch. Wykrwawiam się i nie istnieje. Jedyna myśl jaka krążyła mi po głowie to Susan śpiewająca swoją miłosną piosenkę do mojego ucha.
- Uciekaj, przerwa się kończy, zobaczą Cię... - Westchnęła głęboko, nie chciałem, żeby kończyła to zdanie, wiedziałem co i w jaki sposób to powie - ... ze mną.
A jednak dokończyła. Tym razem nóż wbijał się w moje plecy. Bolało. Czułem to tak realistycznie jak nigdy.  Te ostatnie słowa dodała z taką pogardą jakby do samej siebie, jakby była gorsza. Nie chciałem, by tak się czuła. Powoli się podnosiłem. Złapała moją rękę. Spojrzała mi w oczy. Pocałowałem jej czoło. Dość długo się od niej nie odrywałem, moje wargi zastygły przy jej czole. Nie chciałem jej zostawiać. Jednak puściła moją rękę, wstała, odpychając mnie od siebie. Wróciła do swojej piosenki. Poczułem się jak śmieć. Ale wyszedłem stamtąd. Na szczęście nikogo nie było. Nikogo, kto mógłby mnie oskarżyć o zadawanie się z kimś "gorszym".

Możesz założyć jakąkolwiek maskę, ale uważaj, bo ktoś inny też może udawać.